Okoliczności powstania

„Raduj się i wesel bo wielkie rzeczy uczynił Pan” (Jl 2,21)

W październiku 2015 minęło dokładnie 15 lat od powstania wspólnoty „Miriam”, od samego początku spotykającej się w parafii Matki Bożej Różańcowej w Lublinie. Nie mogłem osobiście uczestniczyć w obchodach tego jubileuszu, ale w krótkim świadectwie chciałbym podziękować Bogu za Jego dobroć, której było mi dane doświadczyć za pośrednictwem Wspólnoty. Moją intencją jest też spełnienie prośby obecnego lidera „Miriam”, Pawła Tchórzewskiego, aby podzielić się wspomnieniami z początków istnienia grupy. Czynię to z przyjemnością i jednocześnie niezwykłą wdzięcznością Bogu za Jego przewodnictwo. Kiedy patrzę wstecz, niektóre wydarzenia i osoby zacierają się w pamięci, ale jedno przekonanie pozostaje jasne i wyraźne: Bóg jest dobry i z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim dla ich dobra (por. Rz 8,28).

Takiej łaski doświadczyliśmy w 2000 – roku Wielkiego Jubileuszu, kiedy to na jesieni zorganizowaliśmy pierwsze rekolekcje ewangelizacyjne. Legły one u początków istnienia „Miriam” i ten czas traktujemy jako okres powstania Wspólnoty. Dodać należy jednak, że historia „Miriam” zaczyna się trochę wcześniej – od spotkań grupy studentów z Duszpasterstwa Akademickiego UMCS. Byłem jedną z osób, które kończąc naukę w Lublinie i uczestnicząc w spotkaniach Odnowy w Duchu Świętym w ramach DA UMCS zastanawiały się, jak doświadczenie wspólnoty modlitewnej przenieść na okres po studiach. (Wówczas używaliśmy sformułowania „na życie dorosłe” obawiając się chyba nieco spotkania z rzeczywistością pracy zawodowej i obowiązków rodzinnych.) Przykładów wokół mieliśmy niewiele i raczej mało optymistycznych. Większość osób po zakończeniu studiów pochłaniały obowiązki życia codziennego, przez co ich związek z Kościołem znacznie się rozluźniał. Oczywiście były też przykłady chwalebne. Wypada mi wymienić zwłaszcza Piotra Sempra – założyciela wspólnot Odnowy w Sosnowcu, który z Bożą pomocą zrobił bardzo wiele dla rozwoju grup charyzmatycznych w diecezji sosnowieckiej. Piotr ogromnie nam w tamtym okresie pomógł dobrą radą, wsparciem i swoją modlitwą. Gościł mnie wielokrotnie w swoim domu dzieląc się doświadczeniem i umacniając w postanowieniu założenia wspólnoty. Przyjaciele z Sosnowca przyjeżdżali, by nam posługiwać w początkach funkcjonowania „Miriam”.

Zaczęliśmy więc spotykać się w gronie studentów ostatniego roku, którzy zakładali, że swoją przyszłość zwiążą z Lublinem. W sumie było nas chyba nie więcej niż 10 osób, w tym moja dzisiejsza małżonka Agnieszka. Z szacunku do studenckiego charakteru, jaki wówczas miała wspólnota w Grzesiu (tak nazywał się akademik, w sali którego odbywały się spotkania Odnowy w Duchu Świętym), nie chcieliśmy pozostawać w jej strukturach. Wspólnota studencka miała swoją charakterystykę i dynamikę. Potrzebne było miejsce dla nowych liderów, którzy szybko musieli dojrzewać do posług i funkcji w grupie. Pozostawanie w niej w roli „dinozaurów” nie było dobre ani dla grupy, ani dla nas. Pokusa była silna, bo wspólnota w Grzesiu to dobrze działające środowisko wiary, gdzie można znaleźć wsparcie i duchowy wzrost. Ja miałem jednak świadomość, że Bóg posyła nas na nowe miejsce.

Wydawało się oczywistym, że nowa struktura powinna powstać przy jednej z lubelskich parafii. I wtedy Bóg dał nam słowo przez jedną z sióstr, abyśmy udali się na ulicę Bursztynową. Mało kto wiedział, gdzie to jest. Nowe, rozwijające się osiedle nie miało w tym czasie jeszcze tak pięknego kościoła, jak dzisiaj. Tamtejsza parafia nosiła wezwanie Matki Bożej Różańcowej, a proboszczem był, do dziś posługujący, ksiądz Józef Dziduch. Pierwsze spotkanie z księdzem proboszczem było dla nas potwierdzeniem, że słowo, które otrzymaliśmy, to nie przypadek. Przyszliśmy do księdza Józefa „z ulicy”, a rozmowa toczyła się tak, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi. Już po kwadransie ustaliliśmy termin rekolekcji ewangelizacyjnych w parafii. Niesamowita otwartość i zaufanie, jakim obdarzył nas ksiądz proboszcz pozostanie mi na długo w pamięci. Bardzo bym pragnął, aby każda parafia w Polsce miała takiego pasterza. Potem jeszcze wielokrotnie ksiądz potwierdzał swoim postępowaniem, jak ogromne ma serce, jak bardzo kocha kościół i ludzi. Zawsze mogliśmy na niego liczyć.

Fakt, że parafia była pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej bardzo korespondował z moim pragnieniem, aby nazwać wspólnotę „Miriam”, co w szczególny sposób złączyłoby ją z osobą Matki Najświętszej. Późniejszą praktyką stało się śpiewanie na zakończenie naszych spotkań znanej pieśni Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej „Pomódl się Miriam”. W tym miejscu mogę się chyba przyznać, że sam stworzyłem logo Wspólnoty. Jak dzisiaj widać, grafikom udało się znacząco poprawić mój niekoniecznie profesjonalny projekt.

Kilka tygodni przed pierwszymi rekolekcjami na osiedlu pojawiły się plakaty. Niektóre wzbudzały trochę kontrowersji, jak ten z wezwaniem, o ile mnie pamięć nie myli, „Przyjdźcie i pijcie” oraz narysowaną beczułką podpisaną w rogu „bezalkoholowe” nawiązującą do obecnych wówczas w mediach reklam piwa. Podzieleni w pary odwiedzaliśmy wszystkie mieszkania w parafii z indywidualnymi zaproszeniami na rekolekcje. Sam obszedłem chyba kilkanaście bloków. Była to intensywna praca, ale też wspaniałe doświadczenie. Rekolekcje miały się odbyć w październiku, przy znacznym wsparciu naszych przyjaciół z Grzesia.

Przesadziłbym gdybym napisał, że na rekolekcjach były tłumy. W sumie myślę, że pojawiło się około 100 osób. Posługiwał nam ojciec Cyprian Moryc. Były świadectwa, konferencje i wspólne uwielbienie. Na koniec zaprosiliśmy zebranych na cotygodniowe spotkania, które początkowo odbywały się w niedziele, w salce pod starym kościołem. Pierwsze miesiące stały pod znakiem wspólnej modlitwy, budowania relacji, poznawania duchowości charyzmatycznej. Grupa była niewielka, a z czasem niektórzy zrezygnowali. Jednak ci, którzy pozostali, zaczęli przyprowadzać nowe osoby. O ile dobrze pamiętam, w pierwszej fazie powstały dwie małe grupki formacyjne – jedną prowadziła Asia Wąchała (najbardziej oddana Panu Bogu osoba, jaką znam), a drugą ja. Na wiosnę 2001 roku przeżyliśmy pierwsze seminarium Odnowy z modlitwą o wylanie darów Ducha Świętego w Łabuniach niedaleko Zamościa. Zaczęły powstawać diakonie, nowe małe grupy. Wspólnota rozrastała się dość wolno. Przynajmniej tak to wówczas postrzegałem. Natomiast działanie Ducha Świętego w wielu osobach było bardzo widoczne. Z czasem nie mieściliśmy się już w salce – trzeba było przenieść się do kościoła. Co roku organizowaliśmy seminarium, podejmowaliśmy różne posługi w parafii, a w wakacje wyjeżdżaliśmy do naszego „ośrodka formacyjnego” w Kraśniku. Pamiętam też prowadzone przez nas rekolekcje parafialne oraz szereg kursów organizowanych dla młodzieży przygotowującej się do bierzmowania. Posługa ta dawała nam wiele radości i satysfakcji.

Podczas jednego ze wspólnych wyjazdów (znów te Łabunie!!!) Pan Bóg podsunął mi myśl, że mój czas dobiega końca. W kolejnych miesiącach wiele znaków to potwierdzało. Modliłem się o wskazanie nowego lidera i wkrótce nie tylko moje osobiste rozeznanie, ale też grona animatorów i diakonii prorockiej, potwierdziło, że osobą, która ma dalej poprowadzić wspólnotę będzie Piotr Hobler – mój szczery przyjaciel i oddany Bogu człowiek. Formalne „przekazanie pałeczki” odbyło się na jesieni 2005 roku – niemal dokładnie po pięciu latach od powstania Wspólnoty. Kilka miesięcy później wyjechałem z rodziną do Warszawy, a w 2007 przeprowadziłem się do Gdańska.

Czas, kiedy dane mi było prowadzić „Miriam”, był dla mnie jednym z najwspanialszych okresów w życiu i wspominam go z wielką wdzięcznością. Cenne są dla mnie relacje, które wówczas nawiązałem. Z niektórymi jestem w kontakcie, z innymi więzi się rozluźniły, ale o wszystkich myślę z wielką sympatią. Nie chcę nikogo pominąć, dlatego postanowiłem, że poza kilkoma wyżej wymienionymi osobami, nie będę wspominał innych nazwisk. Niemniej jednak, jeśli czytają to moi przyjaciele z tamtego okresu, to pozdrawiam ich serdecznie i wszystkich zapewniam o mojej modlitwie. Dziś, będąc w Gdańsku, należymy z żoną i szóstką naszych dzieci do wspólnoty „Czas dla Rodzin”, której duchowość jest bardzo zbliżona do tego, co pamiętam z „Miriam”.

Zawsze miałem przekonanie, że warto zakładać wspólnoty i grupy modlitewne. Są one miejscem doświadczenia Boga, jak oazy na pustyni tego świata. Fakt, że mimo różnych kolei losu, grupy te istnieją i powoływane są nowe osoby do posługi, pokazuje, że już samo istnienie takiego miejsca jest błogosławieństwem. Ja osobiście tego błogosławieństwa doświadczyłem i czuję się bardzo ubogacony czasem spędzonym we Wspólnocie przy ulicy Bursztynowej. Bogu niech będą dzięki.

Rafał Szporko